Jak nie zwiedzać Kuby na rowerze ?

Kuba na rowerze coraz częściej się pojawia ofertach biur podróży. Co może się wydarzyć, kiedy będziecie zwiedzać Kubę rowerem na własną rękę? Moja historia doskonale pokaże Wam jak tego NIE robić. Człowiek uczy się na własnych błędach, ale czemu nie nauczyć się czegoś na cudzych błędach?

Viñales, czyli wiejski kurort

Kuba przeżywa oblężenie turystyczne, ale rozkłada się ono właściwie wokół kilku miejscowości. Jedną z nich jest Viñales. Właśnie tam postanowiłem rozpocząć swoją rowerową przygodę na Kubie. Przy natłoku turystów znalezienie noclegu wcale nie jest takie proste. Zapomnicie o booking.com innych wynalazkach. Na Kubie Internet jest bardzo ograniczony.

 

Tak mniej więcej wygląda lokalna droga

Na szczęście nie zawodzą relacje międzyludzkie i wszystko co chce się załatwić robi się oparciu o bardzo rozbudowane relacje społeczne. Innymi słowy jeżeli zapytasz kogoś o rower, to on zadzwoni do kogoś kto wie o tym kto ma rower, a tamta osoba zaprowadzi cię i tak dalej.

W ten sposób dotarłem do Pana, który przyprowadził rower. Nie był to cud techniki. Konstrukcyjnie przypominał modne w latach 90 górale, ale pomyślałem, że kiedyś rowery były trwałe… “Innego roweru tu nie dostaniesz” – usłyszałem. Umówiliśmy się na kwotę (nie małą) i ruszyłem w dziką stronę rezerwatu.

Wiejski domek w okolicach Viñales

Wyprawa w „prawdziwą dzicz”

Pech chciał, że tego dnia się rozpadało, pomarańczowy piasek zamienił się w pomarańczowe błoto, czyli po hiszpańsku „fango”.

Początek wycieczki był cudowny, piękne tereny, dużo zieleni. Bajka. Po 6 kilometrach czuję że korba zaczyna się delikatnie ruszać na boki. To nie jest najlepszy znak. Może jakieś luzy w suporcie, wiec oszczędzam lewą korbę i staram się jej nie dociskać zbyt mocno.

Ruszam w trasę po błotnistej drodze

Widoki są rzeczywiście cudowne, góry wyrastające z pól tytoniu, niesamowite kolory i żadnych nowoczesnych wynalazków. Taka prawdziwa rdzenna wieś.

Jak łatwo się domyśleć po kolejnych kilku kilometrach cała korba odpadła. Na moje nieszczęście nastąpiło to w środku pola po środku niczego.

 

Droga przez rezerwat

MacGaywer na rowerze

Szczególnie mnie to nie załamało. Umiem naprawiać rowery więc pomyślałem, że naprawię i ten. Znalazłem nakrętkę i podkładkę od korby. Gdzieś nieopodal ogrodzenia znalazłem duży gwóźdź. No to jeszcze tylko kamień i mam wszystkie narzędzia – pomyślałem zadowolony.

Kamień się znalazł z pomocą kamienia i gwoździa dokręciłem korbę. Był tylko mikro miko luz. Przejechałem może 300 metrów i to samo. Niby na 10 km drogi to tylko 30 kilka takich operacji, ale nie, poradzę sobie. Za kilka godzin będzie ciemno, ja nie mam oświetlenia. Oj tam, oj tam.

Nowy patent: na drut kolczasty

Tym razem bawiłem się w kowala (własnego losu), i urwałem kawałek drutu kolczastego z ogrodzenia. Przy pomocy dwóch kamieni wyprostowałem drut, a następnie zagiąłem tak, aby wcisnąć go pomiędzy nakrętkę, a obudowę korby. Chodziło o to, żeby zablokować odkręcanie się nakrętki. Drut wbiłem gwoździem w szczelinę, no trzyma się extra. tym razem ujechałem 500 metrów. I może wszystko by poszło lepiej gdyby nie błoto które oblepiło cały rower robiąc na v-breakach błotnego bałwanka.

 

Koń i drut kolczasty

Syzyfowa praca

NIe poddawałem się. Jeszcze raz operacja powtórzona, tym razem z większym kamieniem. Ujechałem kolejne 400 metrów, korba nie odpadła, ale się obluzowała. Tym razem już na spokojnie, bo jestem przy suszarni tytoniu, gdzie spotykam Pana, który rozczarowany, że nie przyjechałem do niego, aby kupić cygara, daje mi swoje najlepsze narzędzia.

 

Na głowę na szczęście nie pada

Teraz mam dyspozycji większy gwóźdź i młotek zamiast kamienia. Jest postęp! Walimy w śrubę tak, żeby wkręcić ją możliwe mocno, pomagamy sobie na różne sposoby. Mój kubański wybawca sprawdza korbę ręką szarpie i mówi „muy bien”.

Kolejny rekord 

Tym razem udało mi się ujechać, aż kilometr. NIe ma się co dziwić. Marketowy rower, wszędzie luzy, a metal wygina się jak plastelina. Ucieszyłem się bardzo, bo spotkałem parę rowerzystów z Niemiec. Mieli piękne 29 calowe rowery z tarczówkami i obie korby, jakie to szczęście. Oczywiście chcieli mi jakoś pomóc, ale narzędzi ze sobą nie mieli. Wtedy wpadam na pomysł, że będę pedałował jedną nogą. A co mi tam! W tym celu znajduje kolejny drut, prostuje go i robię sobie prowizoryczne SPD. Przytwierdzam buda drutem do pedała, a żeby efekty był lepszy zawiązuje sznurówki wokół pedała. Korbę wkładam do plecaka i jadę dalej.

 

Para z Niemiec

Nawet fajnie się jechało te kilka kilometrów, choć po błocie było ślisko a, że były też podjazdy to wyobraźcie sobie komizm tej sytuacji jak człowiek z nową przywiązaną do roweru wczłapuję się na górkę.

Knajpka dla turystów po środku niczego

Z nowymi znajomymi docieramy do jakieś knajpy dla turystów, Takie mini schronisku, połowa ludzi rozmawia po angielsku. Obsługa baru ma w ogóle narzędzia, chodzą i przynoszą po jednym kluczu, każdy inny. Są kombinerki i to dwie sztuki no czego chcieć więcej. Biorę się na robotę, jedne kombinerki wkładam na nakrętkę a drugimi dokręcam. Wspólnie z kolegą zza Odry wyciskamy siódme poty, żeby dobrze dokręcić. Jeszcze trzech lokalnych rosłych chłopaków przychodzi się popisać i każdy inną techniką dodaje te mikrony przesunięcia nakrętki.

 

Turystyczna knajpka na odludziu

No to teraz wracamy do wioski

Ciężko powiedzieć czemu, ale korba znowu się poluzowała tym razem za około 1,5 km. Na całe szczęście do wioski zostało ostatnie 4 kilometry dość płaskiego terenu. Wracam do pomysłu z przywiązaniem swojego buda do pedała i jadę jedną nogą.

Rowery oblepione gęstym pomarańczowym błotem, zresztą to błoto mam dosłownie wszędzie. Kubańczycy bardzo miło reagowali na nasz widok zazwyczaj uśmiechem i słowami „ooo fango,, muchas fango hehehe”

Już wcześniej siłując się z rowerem, myślałem jak to wrócę do właściciela roweru z reklamacją. No jak to możliwe, że po kilku kilometrach jazdy (bez żadnych szaleństw) odpada korba. Ja rozumiem, że katuję ten rower w błocie, ale nie no właściwie na samym początku rower się popsuł.

No mea culpa

Wróciłem, umyłem rower. Przychodzi właściciel i wścieka się na mnie, a ja na niego. On coś krzyczy i pokazuje, że zepsułem, a ja tłumaczę tylko co umiem powiedzieć po hiszpańsku „no mea culpa „ i mówię że powinien mi oddać cześć pieniędzy, bo zamiast pojechać na wycieczkę strasznie się przetyrałem. On swoje ja swoje, rozmawiamy tak sobie, Pan chciał, żebym mu zapłacił jeszcze 40 dolarów, staram się mu pokazać, że to samo odpadło, że rower jest słaby. No ale koniec końców przypomniałem sobie, gdzie jestem i że Pan gdyby mógł mieć lepszy rower to pewnie by taki miał i skoro zarabiał na tym rowerze to może pozbawię go jakiegoś dochodu. Pewnie dokręci sobie to w jakiś warsztacie albo dospawa znając Kubańską finezję. Ale co mi tam, krakowskim targiem umawiamy się na 20 dolarów i może skończyłem jak lamus, ale trudno z głodu nie umrę.

 

Już bardziej zielona panorama Viñales

Wnioski z mojej wycieczki

Jeżeli jedziesz na Kubę i chcesz pojeździć na lokalnym rowerze, to tak jest to możliwe, ale nie bierz pierwszego lepszego, sprawdź ten rower jak się da. Raczej nie uraczysz super markowych rowerów, ale w deszczu obowiązkowo z tarczówkami. Najlepiej pojechać na Kubę z własnym rowerem, ale wtedy pamiętaj o zapasie części i narzędziach.

 

Tworzymy bloga InThisWay mając nadzieję, że przyda się Wam w planowaniu rowerowych przejażdżek. Chcemy Wam przekazywać praktyczne informacje o infrastrukturze, trasach rowerowych, sprzęcie i innych zagadnieniach które naszym zdaniem warto poznać zanim ruszycie w drogę.
Posts created 11

powiązane artykuły

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top